Wielu rodziców zna ten scenariusz: ich dom staje się miejscem spotkań dla grupki dzieci z sąsiedztwa. Maluchy przychodzą się pobawić, czasem zostają na dłużej, a w końcu… zaczynają domagać się jedzenia. Jedna z mam postanowiła głośno powiedzieć o czymś, o czym wielu myśli po cichu – o kosztach dokarmiania cudzych dzieci.
Kobieta opisała swoją sytuację na portalu MjakMama24. Przyznała, że lubi, kiedy jej dziecko spędza czas z rówieśnikami, a jej dom tętni życiem. Jednak problem pojawia się, gdy niemal codziennie musi szykować dodatkowe posiłki – nie tylko dla swojego dziecka, ale także dla jego kolegów. Na początku nie widziała w tym nic złego, ale z czasem zauważyła, że wydatki na jedzenie znacząco wzrosły.
– Nie chcę być nieuprzejma ani robić z siebie skąpca, ale zwyczajnie zaczynam tego nie wyrabiać finansowo – mówi otwarcie. – Staram się nie zbankrutować, a jednocześnie nie odmawiać dzieciom.
Sprawa może wydawać się błaha, ale porusza szerszy temat – granic między życzliwością a wykorzystywaniem. Czy rodzice dzieci, które codziennie wpadają „na chwilę”, zastanawiają się, że ich obecność wiąże się też z dodatkowymi kosztami dla gospodarzy?
Psychologowie i pedagodzy radzą, by w takich przypadkach ustalać jasne zasady. Dzieci mogą przynosić własne przekąski, można wspólnie gotować prosty posiłek lub umówić się z innymi rodzicami na rotacyjne spotkania. Chodzi nie tylko o pieniądze, ale i o naukę szacunku do czyjejś pracy i domowego budżetu.
Taka sytuacja to też okazja do rozmowy z dzieckiem o wartościach – że bycie gościnnym jest ważne, ale nie można pozwalać, by ktoś traktował to jako coś oczywistego. Dzieci uczą się przez obserwację i warto, by rozumiały, że jedzenie to nie coś, co magicznie pojawia się na stole, tylko efekt pracy, czasu i pieniędzy.
